Wielki Post = Wielka Klapa?
Po milionie minut tłumaczenia samej sobie, że nie mam czasu, że pora nieodpowiednia, że stos roboty czeka, że nie można tak na szybko i bez przygotowania, padłam ofiarą weny… A raczej wczorajszej modlitwy. Opowiem Wam o moim początku Wielkiego Postu (wszakże bardzo to mądre i popularne ostatnio :P).
Zawsze Wielki Post mnie przygnębiał. Od zawsze. Od kiedy tylko pamiętam. Jako dziecko nie rozumiałam zupełnie otoczki sytuacji, ciągłego wypominania jak bardzo jesteśmy źli i jak bardzo powinniśmy się z tego powodu umartwiać. To rodziło we mnie różne sprzeczne uczucia i powodowało, że odrzucałam Wielki Post jako coś niezrozumiałego lub próbowałam jakoś w niego wejść ciągle posiadając poczucie frustracji, że za mało robię, za mało się umartwiam, robie to beznadziejnie, bo przecież i tak jestem beznadziejnym grzesznikiem.
W tym roku byłam w jakimś takim wirze różnych różniastych wydarzeń, że nawet nie zauważyłam, kiedy przyszedł.
Nim zorientowałam się, że Wielki Post zaczyna się Środą Popielcową wypadającą w Walentynki, zdążyłam zamówić turystyczny wyjazd w góry, bardzo wesoły, spontaniczny, zupełnie nie w klimacie Wielkiego Postu.
Nie macie pojęcia jaka frustracja mnie ogarnęła, gdy zorientowała się, że ten jeden dzień, to trzy rzeczy na raz i że zupełnie do siebie nie pasują, a dodatkowo, że to ja nie pasuję do nich wszystkich razem wziętych.

Czyż to nie Narnia ? Brakuje tylko Pana Tumnusa…
Bez postanowienia, przemyślania, z pewnym okresem frustracji własną wiarą i brakiem wytrwałości w różnych sprawach oraz smutkiem nad swoją własną osobą i brakiem wiary, stałam w kościele w Środę Popielcową w zatłoczonym kurorcie narciarskim, ściśnięta jak sardynka między innymi turystami, którzy przepychali się między sobą, aby tylko czym prędzej zostać posypanym magicznym prochem i… uciec z kościoła.
Po tym niczym magicznym obrzędzie, zostaliśmy z tyłu w przedsionku (nie zmieściliśmy się bliżej) praktycznie tylko my i kilka innych osób, zrobiło się zimno. Miałam ochotę się popłakać. Pomyślałam sobie, Boże co to ma być? Taki cyrk, takie szaleństwo, taki Wielki Post?
Wróciliśmy zmarznięci do pokoju, zjedliśmy kolacje i siadłam do kontemplacji fragmentu Ewangelii Jana 7, 37-53 (Żródło wody żywej – przypadek? Nie sądzę!).
Wiecie… Już od bardo dawna tak dobrze mi się nie modliło. Już od bardzo dawna On nie wydawał się taki bliski jak wtedy. Już od bardzo dawna mam problem z uwierzeniem w Jego miłość i w to, że akceptuje mnie taką jaką jestem. Męczyłam długo ten fragment, przez kilka poprzedn
ich dni próbowałam go rozważać, ale jakoś nic mi z tego nie wychodziło, wszystko wydawało się takie płaskie, obce, bez sensu.
Wtedy On na prawdę mi pokazał, że nie ma znaczenia to, jakie wariactwo się rozgrywa. Że liczy się to, co jest w sercu. Że jeżeli chcę do Niego przylgnąć w tym Wielkim Poście, to niezależnie od okoliczności, On się o to zatroszczy.
Że będzie działał nie tylko w modlitwie, ale też w codzienności.

Z tego fragmentu płynie dla mnie wiele treści, ale jedną z najważniejszych jest, że to co z Galilei, czyli to co słabe, niekochane, małe, niedoskonałe, odrzucone, na prawdę może być czymś wielkim.
Wielka Klapa na prawdę może być początkiem Wielkiego Postu, Wielkiej Bliskości.
Amen <3
Trzymajcie się <3:*
Ps. Dziś daję Wam piękną piosenkę, dajcie się porwać tej delikatności i kruchości… A teskt znajdziecie tu 🙂 Pasuje do mnie, do ja też ciągle odchodze, gubie się, a jednak nie do końca, bo On zawsze jest, aby mnie w odpowiednim momecie chwycić. A w nocy przy niebieskim niebie, często dokonują się najpiękniejsze cuda.

Znajdować Boga we wszystkim – tak mi się skojarzyło 😉
O tak <3