„Take me back to the night we met…”
Czas jest kołem, które nie ma początku. Czas jest niedoścignionym narzędziem, które pędzi na złamanie karku i choćbyś bardzo chciał, nigdy go nie zatrzymasz.
Wiesz… Czasem są takie chwile, że nie wiem tak na prawdę jaki jest Bóg.
Nie wiem jaki jesteś, bo jesteś tak daleki i obcy, że w głowie mam same pytajniki. Nie wiem już gdzie jest mój początek, a gdzie koniec.
Uwielbiam więc te momenty i pielęgnuję je jak tylko potrafię, gdy przebijasz się przez zasłonę zniecierpliwienia, nadbudowanych niezrealizowanych dążeń, gdy Twój spokój jest burzą, która wywraca moje życie do góry nogami. Gdy na prawdę rozbijasz mury.
Wtedy zabierasz mnie nad morze, nad którym siedzieliśmy dawno… pamiętasz? I rozmawiamy.
I tańczymy. Płaczę, bo nigdy nie jestem tak szczęśliwa jak w tych krótkich momentach prawienieba.
Jesteś i spokojem i burzą. Początkiem i końcem. Pełnią, która nie ma granic. Miłością, która ciągle się dzieje i ciągle spełnia swoją obietnicę.
Przychodzisz nieść dobrą nowinę.
Dawać wolność.
Wzrok.
Wolność.
I łaskę.
Wiem, że mnie kochasz. Nie ważne jak daleko jestem i jak wielki mur wybudowałam między nami. Ty jesteś.
Jak krople wiosennego deszczu, ciepłego pośród parku, tak dziejesz się i stajesz się, rzeczywistością.
I może nie rozumiesz tego, czytelniku, co piszę… Ale gdy znajdziesz, się w swoim niebie wróć tutaj i przeczytaj.
Bo cuda dzieją się tu, a niebo On wraz z Tobą może uczynić już dziś.
