Kryzys wiary, czyli jak nie dać się zwariować.

Kryzys wiary, czyli jak nie dać się zwariować.

A więc czasem trzeba zacząć od początku. Narodzić się na nowo jak feniks, wybić się z popiołów dotychczasowego życia i wzbić się w ożywcze powietrze nowej rzeczywistości. Powiecie, że nie zaczyna się zdania od „więc” i będziecie mieli rację, jednak to „więc” jest niczym wisienka na torcie. Podsumowaniem dotychczasowych trudów.

Trzeba mieć odwagę, by umieć przyznać się do kryzysu wiary. Kryzysu, który może w naszych lub naszych znajomych oczach może być niebezpieczny, przewrotny, może być sprawdzianem naszej ufności, objawieniem tego, że nasza więź z Bogiem jest słaba, a do tego my jesteśmy jeszcze słabsi. Zazwyczaj takie rzeczy możemy sami sobie myśleć lub inni „dobrzy ludzie” mogą nam opowiadać, gdy pełni nadziei i wiary w ludzką dobroć, pomoc i opiekuńczość opowiemy trochę swojemu duchowemu bratu.
Czy jednak „kryzys” na prawdę taki jest ? Czy ma on zawsze wymiar negatywny ? Niekoniecznie. Jezuici używają na niego określenia „strapienie duchowe” (brzmi lepiej prawda?). Takie strapienie może być nam czasem bardzo potrzebne. Najczęściej to sam Bóg zsyła na nas niemile wrażenia duchowe (lub nie zsyła żadnych), by coś nam pokazać.
Nie wiem jak macie Wy, jednak ja w chwilach „dobrobytu duchowego” staję się niczym dziecko wsadzone do basenu z letnią wodą w bardzo upalny dzień. Taplam się w tej otaczającej mnie cudownie chłodnej cieczy, chlapię siebie i innych (bo przecież skoro mi jest tak dobrze to innym też musi być), rozlewam całą wodę dookoła a w efekcie nie ma już wody w basenie a pogoda dawno się zepsuła. Pycha jest czymś, co towarzyszy mi na co dzień, myślę sobie że skoro raz weszłam na Mount Everest lub K2 duchowych uniesień, to tak będzie już zawsze. A przecież Bóg każdemu daje to i tyle ile chce. Może zwyczajnie na dany moment tamte wrażenia były mi potrzebne.
Z relacją z Bogiem jest jak z mężem (lub żoną), idealnie oddaje ona małżeństwo. Najpierw się nie znamy, udaję jak każda kobieta z wielkim poczuciem kobiecej dumy przez ogromne D, że nie jest mi potrzebny, że sama sobie dobrze radzę, i że jeśli chce to oczywiście może o mnie zabiegać, a ja zastanowię się nad tym wszystkim. Następnie jest faza zakochania. Oczy wielkie jak talerze, pozbawione rozsądnego myślenia, bo… CZUJĘ. Co w zasadzie czuje ? Nie wiem, ale dobrze mi tak, tylko z nim chcę być, tylko jego światem pragnę zostać. Spędzać całe dnie razem, chodzić po łące i oglądać a potem łapać motyle, leżeć w zbożu i patrzeć sobie w oczy, chodzić na długie spacery i oglądać gwiazdy tak piękne jak można zobaczyć tylko w Bieszczadach lub na egipskiej pustyni. Jest pięknie, ale z czasem coś się zmienia. Coraz mniej jest pięknych chwil, romantycznych wzruszeń, miłosnych uniesień. Wchodzimy na inny etap relacji. Czasem coś pęka, kolejne nitki porozumienia, kolejny talerz. Ale jedno trwa. Spojrzenia wciąż zawierają jakąś głębię… Miłość nie jest uczuciem, jest relacją na którą składa się wiele rzeczy. Nie jest też słowem. Tak sobie myślę, że wiele osób (w tym ja sama), które znajdują lub znajdowały się w bliskiej relacji z Bogiem po fazie zakochania wchodzi w fazę prawdziwej miłości. Dojrzalszej, która wymaga więcej cierpliwości. Która nie jest odpowiedzią na „zaloty” drugiej osoby, lecz wyjściem poza własne „ja”. Popatrz na małżeństwa. Czy ludzie po 30 latach okazują sobie miłość w taki sam sposób jak robili to przed ślubem? Zaparzenie herbaty, posłanie łóżka, zrobienie zakupów, całus w czoło, skoszenie trawy w ogródku… Czy to nie są wykładniki miłości? Czy sądzisz, że w Twoim życiu Bóg na co dzień nie okazuje Ci swojej miłości?  Czy może Ty przestałeś/łaś to zauważać ? A może nie widzisz Twoich wyrażeń miłości wobec niego, które robisz bezwiednie? Akty strzeliste, modlitwa brewiarzem raz na jakiś czas, eucharystia w drodze z pracy, pomoc komuś kto tego potrzebuje? To są bardzo małe, cudowne codzienne rzeczy.
Rozejrzyj się dookoła. Nie daj się zwariować ! Codziennie zaczynaj od nowa kolejną przygodę. On wie, że go kochasz. Nawet jeśli dawno temu mu tego nie mówiłaś/mówiłeś. I on Ciebie kocha, mimo że go nie słyszysz.
Nie trap się swoim kryzysem, patrz z odwagą na to czego się boisz i wstydzisz.
Nie bój się i wypłyń na głębię. I nie daj sobie wmówić, że Twoje życie duchowe umarło albo że jest „do bani”, bo ono może w jego oczach być piękne jak ogród Eden. Tylko Bóg wie, co myśli 🙂
Sama miewam takie wielkie i małe kryzysy. Ale sądzę, że najlepiej jest patrzeć na małe rzeczy i nimi się cieszyć, a potem zastanawiać się nad wielkimi. Modlę się o to, by widzieć te małe rzeczy, które dla mnie robi i za nie dziękować, cieszyć się nimi. To chyba dobra metoda, na sam początek 🙂
🙂 +
Ps. Chciałabym wrócić do Was bardziej na stałe. Ale wiecie jak jest xD Będę się starać.