W świecie Polyanny
Kim właściwie jest kobieta? I co sprawia, że jesteśmy tak różne od siebie i tym samym tak podobne niczym dwie koniczynki na łące po której stąpają wątłe stópki młodej damy? Zadaję sobie to pytanie odkąd młodsza latorośl mojej rodziny wstąpiła w wiek w którym czyta się książki „dla dorosłych”, ogląda filmy rodzaju wszelakiego oraz istnieje dostępna wszędzie i o każdej porze siła, która sama w sobie jest w stanie pożreć wszystko i wszystkich, nawet sam czas.
Gdy byłam małą dziewczynką czytałam z wypiekami na twarzy przygody Polyanny. Ryzykowałam ogromną awanturą oraz pozbawieniem mnie przywilejów małego dziecka czytaniem przy latarce „Dumy i uprzedzenia” i innych powieści Jane Austin, kochałam (och jak bardzo kochałam i wciąż kocham!) kobiety z „Władcy Pierścieni”, z „Ogniem i mieczem”. Ta faza na „kobiecą” literaturę wbrew twierdzeniom dzisiejszych feministek nie uczyniła ze mnie „poddanej”, „uległej”, „zniewolonej przez mężczyzn”, „pozbawionej własnego zdania” (jakimi to hasłami pewne feministki się posługują).
Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że tamte kobiety były delikatne, finezyjne, dumne a jednocześnie pokorne. Miały w sobie tak wielki spokój, nadzieję, urok, to COŚ, o co chciało się walczyć. W ich oczach dało się odczytać całą ich osobowość. Nawet największy, najbardziej odważny rycerz chciał zabiegać o DAMĘ, która przyniesie mu ukojenie i spokój. Ich walka była zupełnie inna, niż dzisiejszy świat próbuje nam wmówić.
Dziś kobiecość odeszła do lamusa, nie szukamy samych siebie. Nie staramy się odnaleźć w sobie pokładów swojej delikatności, bo świat mówi nam, że to niemodne. Że kobieta ma być twarda, silna, męska. Że Katniss Everdeen i Niezgodna to ideał kobiety. Jasne, że tak. To nie znaczy, że nie mamy być silne i nie wziąć broni do ręki, gdy wymaga tego sytuacja. Wszak sama Judyta obroniła Izraelitów przed hordą Holofernesa, ALE… Na co dzień była kobietą, która dobrze ze swoją cichą kobiecością się czuła.
Zadbajmy o siebie jako kobiety. Starajmy się być piękne, ale nie sztucznie piękne, ładnie ubrane, ale nie przebrane, pomalowane ale nie zamalowane. Nie bójmy się swojej delikatności. Bądźmy dla mężczyzn mądrymi podporami, ale nie współzawodniczkami. W dzisiejszym świecie trudno kobiecie być taką jaką jest, trudno jest nie grać kogoś innego, by tylko zdobyć serce mężczyzny. No właśnie… Zdobyć. A czy to nie tak powinno być, że to mężczyzna nas zdobywa? Chciałoby się powiedzieć, „gdzie Ci mężczyźni?”, którzy zdobywają, są szarmanccy, pełni manier i ogłady, ale to temat na inną opowieść (:P).
Pewne rekolekcje ignacjańskie opuściłam z jednym ważnym wnioskiem, którym chciałabym się z Wami kobietami i mężczyznami podzielić. Nie można w związku zapomnieć nam o samych sobie. Nie wolno zagłuszyć siebie, udawać i oszukiwać samego siebie, że skoro odrzuciłam/odrzuciłem to, co było dla mnie ważne, to będę szczęśliwa, bo miłość wymaga poświęceń. Nic bardziej mylnego. Jesteś taka jaką stworzył Cię Bóg, piękna w jego oczach. Może uważamy, że mamy za mały wzrost, krzywy nos, małe oczy, za dużo cyferek na łazienkowej wadze, ale taka jaką jestem, jestem SOBĄ. I to SIEBIE mogę ofiarować drugiej osobie.
Mimo, że istnieją tysiące poradników („Kobiety są z Wenus, mężczyźni z Marsa”, „Tylko dla mężczyzn. Prosty i jasny przewodnik po duszy kobiety”, „Urzekająca” etc.) nic nie zastąpi nam znajomości samej siebie, poznania mechanizmów naszego funkcjonowania. Bo może i jesteśmy wszystkie do siebie podobne, ale każda z nas jest inna. To tak jak z tymi różami w ogrodzie. Niby wszystkie są takie same, ale gdyby przyjrzeć się bliżej, to każda z nich jest wyjątkowa.
„Nabierzcie Ducha i podnieście głowy” mówi Pismo. Stań przed lustrem i popatrz na siebie z dumą, a Ty mężczyzno popatrz na kobiety dookoła Ciebie i podziękuj za nie.
+ 🙂
Ps. Fotografia na początku to fragment obrazu „Dziewczynka przy pianinie” Francesca Torrescassana, który sfotografowałam w muzeum sztuki w Montserrat w Hiszpanii. Jakoś nie mogłam oderwać od niego oczu :))

