W cieniu lipy, tak dobrze jak pod dębami Mamre.
Jak już kiedyś pisałam dzieciństwo, w moim poczuciu oczywiście, spędziłam całe na Mazurach (przecież dziecko nie przypomina sobie, że pomiędzy wakacjami coś wgl kiedyś było xD).
Był to dla mnie czas cudowny, zupełnie inny, wspaniały, wręcz magiczny.
Pisałam kiedyś, o Dębach Mamre, jako o miejscu, które stanowi nasz „duchowy dom”, w którym czujemy się bezpiecznie, w którym spotykamy się z Jezusem.
Jako mała dziewczynka jeździłam często z rodzicami do Św. Lipki. To moje dęby Mamre, mój duchowy dom.

Jest to sanktuarium położone w środku niczego, przy jeziorze, pośród lasów i pól.
W środku można znaleźć malarstwo iluzoryczne, cudowne obrazy: „św. Ignacego”, „Matkę Bolesną”, ołtarz z niesamowitymi zdobieniami, organy z figurami, które poruszają się w takt muzyki, lipę i… Jezuitów.
Dziwne to zjawisko, że drzewo znajduje się w środku kościoła, prawda? Oczywiście nie jest to prawdziwe drzewo, tylko rzeźba drzewa. Kiedy na nią patrzę, mam wrażenie, że sam Giovanni Bernini nie powstydziłby się tak lekko wykonanej rzeźby w lipowym drzewie. Dlaczego właśnie lipa, a nie klo, czy brzoza?
Na pamiątkę Matki Boskiej, która ukazała się skazańcowi w tym miejscu i poprosiła o wybudowanie sanktuarium.
Nie rozumiem swoich uczuć, które towarzyszą mi, gdy tam wchodzę, ale tak jak powiedziałam, czuję się tam jak u siebie. Jak pod Dębami Mamre, jak w moim duchowym domu.

Moja mama modliła się tam o mnie, moi rodzice modlili się tam razem, gdy już byłam na świecie, tam prosiłam o siostrę i tam wszyscy razem modliliśmy się o zdrowie dla malutkiej istotki w brzuchu mojej mamy. Tam, jeździmy ciągle i powierzamy wszystko Matce, która na prawdę potrafi słuchać.
Kocham ciszę, która tam jest, która wręcz wypełnia nas od środka od samego przekroczenia progu.
Jest w tym miejscu coś wyjątkowego… Coś czego nie umiem nazwać, ani określić. Nazwałabym to… świętością.
Długo się zastanawiałam, dlaczego tak bardzo lubię Jezuitów i pojechałam w końcu i jeżdżę na Ćwiczenia Duchowe. Teraz, gdy pisałam ten teks zdałam sobie sprawę z tego, że właśnie tam, w św. Lipce jako mała dziewczynka siedziałam sobie często na mszy pod św. Ignacym. Że oni tam byli od zawsze, w swoich cudownych habitach, które tak rzadko można ujrzeć w całej okazałości.

Może też masz takie swoje miejsce? I może warto czasem się zatrzymać i je odwiedzić?
Tam, tak jak pod Dębami do Abrahama, może przyjść do Ciebie sam Bóg.
Może szukasz go intensywnie, a on czeka na Ciebie właśnie tam.
Jeśli trafisz kiedyś na Mazury, odwiedź św. Lipkę. Przejdź się krużgankami, przyjrzyj się cudownym zdobieniom na ścianach, pogadaj w spowiedzi z Jezuitą, posłuchaj koncertu organowego, skosztuj miodu lipowego, usiądź nieopodal na ławce i popatrz na kościół, który jest ginącym zabytkiem, który jest cudem w tamtych stronach, daj się zatrzymać, nic nie mów, wtedy usłyszysz, to co ON chce Ci powiedzieć 🙂
:):*
