Bóg, który czeka

W ostatnim czasie balotowałam na skraju lodowej kry i zastanawiałam się, kiedy wpadnę do zimnego jeziora, a woda niczym miliony cienkich igieł wpije się w moją skórę. Upadek będzie bolesny, myślałam.

Nie miałam czasu na nic. Absolutnie nic, wlicza również w to spanie i jedzenie, takie normalne, tzn. „jak człowiek”. Takie, w którym ma się czas smakować to, co przyrządzono, bądź co sami upichciliśmy w kuchni pośród smakowitych zapachów. Jednak, to nie było mi dane przez jakiś czas. Sen był bardzo pożądany, lecz niemożliwy do zrealizowania.
Czy była to moja wina, że taki czas mnie dopadł? Być może. Czy jednak nie przyczyniły się do tego liczne zbiegi okoliczności zwane potocznie „losem”? Zdecydowanie tak.

Najgorsze dla mnie wtedy, wcale nie było to balotowanie na skraju lodowej kry i przepaści wielkiej „porażki” w moim mniemaniu, lecz to, że czasu zabrakło mi na… Boga. I było to dla mnie coś zupełnie nowego. Zupełnie nieogarnionego, bo nigdy, absolutnie nigdy w moim dwudziestoparoletnim świadomym życiu, nie było takiego okresu. A jednak tym razem się zdarzył. Przyzwyczaiłam się do pewnego trybu czasu dla Niego, ale w pewnym momencie moje zwyczaje musiały odejść do lamusa, gdyż nawet jeśli czas by się znalazł, to siły brakowało, a myśli biegały nieuczesane niczym małe dzieci wypuszczone na podwórko. Najgorsze w tym wszystkim było ciągłe poczucie winy. Oddalenia. Poczucie, że gdy to wszystko się skończy, nic już nie będzie takie samo. Że nie spojrzę mu w oczy, że się obrazi, że odejdzie sobie i już nigdy wróci. Bo jestem, tylko człowiekiem. I mimo, że Boga poznaję już parę ładnych lat, to ciągle uświadamiam sobie, że On nie jest kimś kogo można poznać. Właśnie przez to, że jesteśmy ograniczeni przez ludzką naturę.

 

 

W tym czasie, byłam w stanie tylko w momentach braku siły, krzyczeć i płakać: „pomóż”. I On pomagał np. przez innych ludzi. Mimo, że nie miałam dla Niego czasu. „Badź!” i był. W każdej minucie. „Czekaj!” i wiem, że czekał na mnie.

Na koniec jak Ezechielowi na pustyni, dał mi odpocząć. Nienachalnie był znowu ze mną i dalej czekał. Dał mi się wyspać i poleniuchować, a kiedy przyszedł czas, dał się po prostu przytulić.

Bo On jest po prostu Boski. Boski tzn. zupełnie nie ludzki, a przez to niezrozumiały. Pięknie niezrozumiały. Czuję się dziwnie z tym, że wiem, że czekał i że był i jest tak dobry. Bardzo dziwnie. Bo nic nie mogę zrobić, by mu się odwdzięczyć. Nie mogę zrobić nic, by kochał mnie mniej, ani nic, by kochał mnie więcej.

 

 

Ja jestem i pozostanę tylko nieudolnym człowiekiem. I z tym też trzeba się umieć pogodzić.
Jego obraz zawsze będzie dla zafałszowany, jednak piękne jest to, jak potrafi sam odnaleźć rzeczy, które mu nie pasują i je odmienić. Taki już jest. Zawsze robi wszystko po swojemu 🙂

Ta piosenka zawsze towarzyszy mi, kiedy wracam. Nad wodę, do Niego 🙂

:*:)