You’ve Got The Love
„Liście zdążyły opaść na ziemię, która bywa już zmrożona. Trawa stała się z zielonej bardziej szara jak zwykła stawać się zimową prawie porą. Ptaki zdążyły odlecieć w inne, cieplejsze miejsce.
Za dwa tygodnie stanę się żoną. Nawet za nie całe dwa tygodnie.
I wiecie co?
Myślę, że Bóg jest tam, gdzie najmniej się go spodziewamy. W spojrzeniach, w gestach, w ludziach wokól, w każdej dobrej rzeczy, którą robimy. Jest tam, gdzie dwoje ludzi siada, by ze sobą porozmawiać. Jest tam, gdzie mama schyla się, by podnieść swoje niezdarne jeszcze małe dziecko. Jest tam, gdzie staruszek uśmiecha się do Ciebie zza rogu i pyta, co słychać. Jest wszędzie tam, gdzie nawet najmniejsze według nas dobro.
Jest w tym, co małe i bezbronne, w tym, co pogardzane przez świat.
Przychodzi do każdego z nas inaczej i nie można Go ująć w żadne ramy. Sprawia, że można z wielkiego strachu poczuć wielki pokój, że nasze największe nawet lęki uspokajają się jak spienione wody.
Że to w co nie wierzysz, czego się boisz staje się prawdą. I jeśli wątpisz, to podtrzymuje to, tak mocno jak tylko potrafi, aby pokazać Ci, że warto 🙂
W tę Niedzielę Radości nie mogę się nie cieszyć. Bo czekam na kogoś bardzo ważnego, a raczej wypatruję Go i widzę każdego dnia. To jego Przyjście. Otwieram szeroko oczy i wiem, że jest obok. TO niesamowite, że pozwala tak bardzo się poznać i poczuć, naładować baterie, gdy po prostu pójdzie sobie do kogoś innego.
Dziękuję, że od roku jesteś ze mną ciągle Tatko.
Dziękuję, że każdego dnia pokazujesz, że towarzyszysz i że wszystko dobrze.
Trochę się boję, że gdy sobie pójdziesz, to wpadnę do jeziora hah.
Daj mi nie zapominać o tym pokoju, który w sobie mam. Daj nie zapominać o tym, jak bardzo JESTEŚ.
Kocham i czekam bardzo bardzo :)”

Zrobiło się sentymentalnie… Ten post napisałam dwa tygodnie przed ślubem i nie opublikowałam go, bo wszystko co się działo, było tak niesamowite, szybkie, szalone, że jakoś kompletnie wypadło mi z głowy.
Dziś siedzę sobie w naszym mieszkanku i oglądam szaloną ilość zdjęć, którymi dysponuję póki co w liczbie dwóch i myślę, sobie dokładnie to samo, co wtedy.
W ostatnią niedzielę, pada jak mantra sformułowanie, że „Chrystus jest bramą”. On jest bramą. Bramą w cierpieniu, w radości, w zwątpieniu, w nadziei, we wszystkich trudnych sprawach i tych innych. On jest bramą.

Chciałam napisać to, byśmy dziś kiedy jesteśmy już jakiś czas po Zmartwychwstaniu, zadali sobie pytanie, czy On faktycznie tą bramą w naszym życiu jest… Bo zauważ, że On jest bramą w czasie Bożego Narodzenia, jest zwiastunem nowego życia, budzi nas do życia, ale On jest także bramą, która przeprowadzi nas w ostatnią podróż. Najpiękniejszą, daj Boże.
Mam w sobie taki zachwyt, że życie z Chrystusem i zaczyna się i kończy. Lubię tak czasem się zachwycić naszym Bogiem.
Podumajmy sobie dziś może nad początkiem i końcem i bramą. Zachwyćmy się 🙂 Może też jesteśmy czasem tak bezradni jak podmiot liryczny w wierszu księdza Twardowskiego, ale tak już chyba po prostu jest, że to co nam zostaje to pewna bezradność 🙂
Buźka ;*
Ps. Oddaje w Wasze ręce piosenkę, która towarzyszy mi od czasu adwentu aż do teraz 🙂
You’ve got the love <3
„When food is gone you are my daily meal
When friends are gone I know my savior’s love is real
Your love is real”
To cover 🙂 Ale bardzo dobry, polecam też posłuchać oryginału w wersji na żywo <3
